Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tracer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tracer. Pokaż wszystkie posty

6 lipca 2011

Sobótkę przeleciałem!

Choć dziś dopiero środa to Sobótkę daliśmy radę z Francuzem przelecieć ;-) Henio chyba też przeleciał ... ale może inną ... trasą. Zdjęcie mam niestety średniej urody bo obok góry było nisko i trochę nerwowo.

Na początku było miło, trochę turbulentnie, no i trochę za późno polecieliśmy ... w Legnicy kolejka do sznurka a my i tak późno przyjechaliśmy. Przynajmniej 'wyjazd' po starcie bez problemów co nie wszystkim się trafiło. Przed Nysą zrobiło się mało chmur a ja zacząłem się za bardzo spieszyć no i doleciałem do Rzymian ... 
Ślęża na kusie
W Rzymianach zostałem przyjęty sympatycznie przez właścicielkę sklepu spożywczego (jej syn zawiózł mnie do A4) i tegoż sklepu klientów.

Tracer TR2 spisywał się świetnie. Co prawda dostałem małą klapkę na holu bo wystartowałem w komin i nisko nad ziemią było trochę 'wściekłe powietrze' ale wszystko bezstresowo w sumie. Latałem na pierwszej belce spida na przeskokach - już czas zacząć cinąć drugą!

23 sierpnia 2010

Kierunek wschód (tam musi być jakaś cywilizacja)

Sobotnia Pilica
Jako, że nieoczekiwanie nigdzie dalej nie wyjechałem, w weekend pojechałem na moje rodzinne lotnisko w Rudnikach koło Częstochowy gdzie zaczynałem przygodę z termicznym lataniem ... no kiedyś tam. W sobotę jechałem tak trochę bez przekonania bo w/g prognoz miało wiać z południa i zapowiadała się termika bezchmurna. Za pierwszym holem się nie 'zabrałem' za drugim wyczepiłem się prawie w kominie i potem jakoś poszło ... Leciało mi się w sumie fajnie choć dosyć trudno, bo rzeczywiście na niebie nie było ani śladu Cu a inwersja ograniczała pionowy zasięg noszeń do ok. 1300 m nad ziemią. Wiało słabo z południowego zachodu, tam gdzie się dało starałem się lecieć maksymalnie na wschód żeby zawczasu ominąć 'strefy'. Podstawowa taktyka na płaskim na bezchmurnej to 'wlecieć nad środek największego lasu w okolicy' co na paralotni jest dosyć emocjonujące ;-). po drodze przekroczyłem Pilicę i w podziwiałem z daleka Zalew Sulejowski. Pod koniec dnia termicznego doczołgałem się w okolice Opoczna. Stopem udało mi się dostać do E75 i już nawet miałem następnego 'stopa' jadącego do Bielska ale wcześniej wyjechał po mnie moim samochodem Paweł uczący się u Waltera latać.

Niedzielna Pilica
W niedzielę pogoda zapowiadała się podobnie ale trochę nieoczekiwanie, niebo zrobiło się cumulusowe a wiatr bardziej zachodni (czyli łatwiej lecieć bardziej na wschód) i ciut silniejszy. Tym razem nie byłem jedynym przelotowcem-wyczynowcem, przyjechał też Whitey. Znowu nie zabrałem się za pierwszym holem a Bioły poleciał ... za drugim razem trafiłem w dobre noszenie i dosyć szybko doszedłem go na trasie. Walterowi kursanci zaczęli odlatywać z lotniska i lądować po okolicy. O ile w rejonie lotniska noszenia były dobre to dalej zrobiło się dosyć słabo. Lecieliśmy z Biołym parą i nawet nieźle nam to szło gdzieś tak przez pierwsze 50-60 km. 

Biała Wieża na kursie
Potem lecieliśmy już trochę luźniej i Whitey odstał trochę, zaczęliśmy ustalać wzajemne położenie na podstawie obiektów na ziemi: była 'Biała Wieża', 'Wiatraki' i 'Jeziorko z Żaglówkami w środku Wielkiego Lasu'. Łajt w końcu powiedział, że ląduje na 80 km w okolicach Końskich i że postara się zorganizować powrót. Ja poleciałem przez 'Wielki Las', chmury (złośliwie chyba) robiły się nad środkiem terenów nie nadających się do lądowania. W okolicach Radomia coś tam jeszcze złapałem słabiutkiego, końcówkę leciałem z wiatrem starając się dobić do równej cyfry 150 km co nastąpiło jakieś 50 m nad ziemia, zrobiłem zakręt pod wiatr na wysokości czubków drzew i wylądowałem na niewielkiej łączce przy chałupce pod lasem ... od razu rzuciły się na mnie komary, potem przyszedł gospodarz z dwoma psami, rozdzwoni się telefon ...

Do Radomia dojechałem Polonezem z miejsca lądowania. Na dworcu w Radomiu poznałem lokalny koloryt (dasz 90 groszy na piwo? Tylko 90 groszy, nie 9 złotych ...) Z Radomia na lotnisko, długo jechaliśmy z Łajtem i Adrianem - kolegą Łajta, który akurat przypadkiem wracał z Kielc do Gliwic no i zgodził się pojechać przez Radom, Piotrków, Częstochowę - DZIĘKUJĘ!

2 sierpnia 2010

Rajd dookoła oligoceńskiego wulkanu.

Whitei na trasie.
Po sobotnim wyjeździe do Michałkowa, gdzie pogoda wykazała się wyjątkową złośliwością i zbudowała piękne cumulusy ... ale 5 km na północny-zachód od lotniska, postanowiliśmy zaskoczyć ją i polatać bliżej domu. Przejechaliśmy  'autobaną' przez wulkan i heja ... zrobiliśmy kilka holi ale bez sukcesów. W końcu  jako pierwszy zabrał się Whitei, z parteru, prawie nad startem. Ja byłem następny w kolejce, 'strzeliłem się' pod koniec holu w kominie. Początkowo noszenia były słabe, kominy wąskie i krótkie, powietrze lekko zamglone, widoczność ok. 10 km, blisko chmur spadająca wyraźnie, co nie pomagało w podejmowaniu decyzji taktycznych bo nie było widać następnej chmury ani nawet jej cienia na ziemi.

Nisko nad "stumilowym lasem"
Lecieliśmy z 'Łajtem' na południe z zamiarem zrobienia trójkąta (wulkan został po lewej). Po przeleceniu Odry spadliśmy dosyć nisko ale udało się nam odbić od ziemi. Miałem trochę za głośno ustawione radio (i schowane z tyłu uprzęży), i o ile korespondencja z kolegami była OK to transmisje odbierane z Czantorii, Czarnej Góry i cholera wie jeszcze skąd obijały mi się echem po kasku, w końcu wyciągnąłem za kabelek jedna słuchawkę z kasku i głośność zrobiła się znośna.

Autostrada ...
Na trawersie Kędzierzyna-Koźla dogonił nas Negro. Pogoda wyglądała na lepszą w kierunku Śląska (tego Górnego, znaczy) dlatego skręciłem w lewo, chwilę leciałem pod szlakiem centralnie nad miastem, potem wypadłem spod szlaku i okazało się, że na wprost, w kierunku "stumilowego lasu", chmury się rozpadają, skręciłem bardziej w lewo w kierunku autostrady. Zabrałem się z parteru (200 m) nad niewielkim laskiem. Whitei niestety przyleciał tam za nisko i został, mi padło radio (uff, cisza). Negro wybrał inna trasę i spotkaliśmy się nad autostradą w miejscu gdzie słynna z telewizji trąba powietrzna wyłamała kawał lasu i poprzewracała samochody. Zawróciliśmy w kierunku lotniska. Najlepszy komin dnia złapałem na północnych stokach wulkanu o 16:45! Powietrze zrobiło się bardziej przejrzyste, piękne Cu ... tylko późno już ... Z powietrza podziwiałem lotnisko modelarskie, robiłem zdjęcia i stwierdziłem, że własnie obleciałem wulkan dookoła ... po raz pierwszy w życiu, tylko dlaczego nie zrobiłem wulkanowi ani jednego zdjęcia?


PS.
Wylądowałem na łące zaraz za płotem lotniska, składam się, kiedy przyszedł do mnie miejscowy młody człowiek, lekko tylko znietrzeźwiony, jego kolega został w bezpiecznej odległości ...
- No co tera, 'panie majster'? Jak stąd polecicie? - zagaił.
- Nie będę leciał, dzień się skończył trzeba do domu wracać ...
- A to na benzynę wam chodzi?
- Nie, to na adrenalinę ...
- A bo ja widziałem takie na benzynę.

13 lipca 2010

Mam najdłuższego ...

... wszyscy mi tak mówią (ci co go widzieli), a ja dzięki uprzejmości Pawła też w końcu zobaczyłem jak wygląda ... z pewnej odległości - większej niż długość linek. Musiałem aż w Beskid Wyspowy pojechać, żeby jakaś dobra dusza zrobiła mi zdjęcie, na którym widać go w całej (aż ośmiokrotnie) wydłużonej okazałości.

W sumie wylatałem na nim już trochę godzin ... i kilometrów i chyba mogę coś o nim opowiedzieć: zdecydowanie jest to partner dla doświadczonego 'jeźdźca', drogi sterowania są ekstremalnie krótkie ale jednocześnie siła na sterówkach rośnie progresywnie i łatwo wyczuwa się dozwolony zakres sterowania. Wyraźnie sygnalizuje wszystkie 'wyboje' i domaga się zdecydowanie reakcji ale bez szaleństw i jakichś dzikich narowów. Speed nie wymaga użycia dużej siły a na speedzie wyraźnie się uspokaja (profil robi się bardziej samostateczny). Bez problemu wstaje i to nawet 'klasykiem', lądowanie też nie sprawia problemów. Sol Tracer 2010 jest trzy-linowcem ale podwieszenie A i B są blisko siebie także ewolucja do dwu-linowca jest całkiem bliska (tak, tak, wiem, że jest już wersja dwu-podwieszeniowa).


Ładny jest i wydaje mi się, że zawiązała się miedzy nami jakaś taka ... nić sympatii ...

27 kwietnia 2010

Beskidzka Sobota

Pogoda na sobotę zapowiadała się świetnie. Umówiłem się na wyjazd do Szczyrku z Grześkiem (z konkurencyjnego ale zaprzyjaźnionego teamu Sky-Country), pojechał z nami też Remigiusz. Kolejka na Skrzyczne nie jeździ ale jeżdzą koledzy glajciarze swoimi pojazdami 4x4. W Szczyrku przy transporcie spotkalismy Roberta. Ja zasadniczo to bym poszedł pieszo ... tak dla zdrowia. Na startowisku czekał już Łukasz (który właśnie kondycyjno-zdrowotnie podszedł do tematu). Skrzyczne jest fajnym miejscem kiedy nie ma tłumów turystów i glajciarzy, zdecydowanie polecam.

Na FIS-ie leżało jeszcze trochę śniegu. Wiatr nie wiał z żadnego konkretnego kierunku i choć na niebie były już Cu to nikt nie spieszył się ze startem. Kiedy wystartował Łukasz i wykręcił się, ruszyli też inni. Robert i Grzesiek startowali przede mną. Robert wykręcił się szybko i odszedł na trasę, Grzesiek został niewiele ponad szczytem kiedy ja startowałem. Początek był trudny i spadłem nisko nad Jaworzyną ale udało mi się złapać jakieś konkretne noszenie. Powyżej mnie doleciał do komina Grzesiek, szybciej zrobił podstawę i odszedł wzdłuż grani w kierunku Baraniej Góry. Dogoniłem go dopiero na trawersie Baraniej. Podstawy sięgały 2500 m ale noszenia były daleko od siebie, kominy miały bardzo ciasne centra i było dosyć turbulentnie. Lecielismy razem z Grześkiem w niewielkiej odległości, na południowych stokach Baraniej Góry przez chwile polatal z nami szybowiec.

Po doleceniu nad Wielkią Raczę skręciłem na wschód licząc, że przy tak słabym wietrze uda się nam wrócić na Skrzyczne. Niestety brak było chmur w kierunku Babiej Góry (widziałem dwa glajty w tamtym kierunku ale niżej od nas i nie wyglądało, że jest tam łatwo) za to ładnie wygladała Słowacja dlatego skręciłem na południe. Nad Słowacją znowu widzieliśmy szybowce ale w wiekszej odłegłości. Lecielismy dosyć wolno i nad Ruzomberokiem wyglądało, że raczej nie damy rady przelecieć nad Niskim Tatrami ani przeskoczyć nad Wielką Fatrę gdzie jeszcze były chmury, dlatego polecialem wzdłuż doliny prowadzącej do Liptowskiej Osady, po drodze dosyć mocno dusiło wiec prawdopodobnie dało się gdzie znaleźć jeszcze noszenie ...

Grzesiek lądował koło mnie kilka minut później. Robert przyslał sesemesa, że wylądowal koło Kubina i jest w knajpie w Rużomberoku. Remigiusz obiecał po nas pojechać, pomimo braku dowodu rejestracyjnego do samochodu (Grzesiek miał go przy sobie ;-)). Do Rużomberoka dowiózł nas słowacki narciarz ski-turowy. Zrobiło się już ciemno i zamknięto już hipermarket pod którym 'biwakowaliśmy' kiedy nagle i znienacka zajechał Ford Focus z uśmiechniętymi gębami Bubusia, Sapera i Gaździny. Paweł zaleciał z Żaru pod Bańską Bystrzycę czyli ze 40 km dalej. Już planowaliśmy małą imprezkę ale dojechał Remigiusz mercedesem i włączył nam się tryb szybkiego powrotu do żon i dzieci. Ja byłem w domu o już o pierwszej ... trzydzieści.

Mój track.

12 lipca 2009

PWC Buzet, Task 1

Na 'dzień dobry' zapomniałem zabrać telefonu (dodatkowy doping żeby dolecieć do mety). Startowisko jest ładne i duże, na zawietrznej jest camping - można mieszkać na starcie, jest miejsce żeby bezpiecznie wylądować, cywilizacja daleko. Miejsce na urlop pod namiotem z glajtem - idealne.
Graliśmy task ok. 65 km po okolicy, było ograniczenie wysokości do 2300 ale podstawy były niżej. Pierwsze dwa punkty na wschód od startu potem długi odcinek pod wiatr po grani, potem znowu, pod czołowo boczny wiatr, na południe i powrót do Buzet-u.
Wystartowałem OK po drugim punkcie duża grupa mi uciekła ale ponieważ widziałem, że spadli nisko to wykręciłem sie pod chmury - ładny szlak był ułożony ale troche z prawej od trasy. Zanim się dokęciłem do niego to wiatr mnie sporo cofnął, dużo glajtów padło, leciałem z widocznością kilku innych glajtów ale nie w bezpośredniej bliskości. Ładne widoki, widać morze.

Po 3 punkcie spadłem nisko byłem już na wysokości szczytu niewielkiego wzgórza z płaską, rolniczą zawietrzną, razem z Niemką na Swingu. Tutaj złapałem z początku poszarpany komin, Niemka poleciała dalej i 'spadła' do doliny. Ja wykręciłem się wysoko ale znowu mnie fest cofnęło. Jak mialem 10 km do punktu zabaczylem wracającego Yassena potem z niewielkimi przygodami (krawacik mi się zawiązał) złapałem mocny komin na zawietrznej dużego zbocza, tutaj doleciał do mnie któryś Valicz (wracający już - mi pozostało 7 km do punktu) i jakiś niebieski Gin. Przed punktem jeszcze jeden kiepski komin zaliczyłem (i jeszcze jeden krawacik). Na punkt (miasteczko na wzgórzu - podobnie jak Buzet) leciałem z dwoma innymi glajtami.

Po punkcie wróciłem na 'moją' zawietrzną a oni wrócili do bliższego zbocza. Biało granatowy Niviuk doleciał do mnie. Dokręciłem dolot na 8 (doskonałość do mety) i poleciałem. Niviuka bez problemu zostawiłem po drodze, cisnąc maksymalnie 1/2 speeda (z wiatrem lecieliśmy). Przed metą był jeszcze punkt bezpieczeństwa na zboczu, koniec pomiaru czasu był na 1000 m przed meta. Doleciałem z dużym zapasem. Porobiłem trochę zdjęć miasteczka.
Ten glajt ma jedna zupełnie inna charakterystykę osiągów, jest wyraźnie szybszy na trymowej od wiekszości i bardzo dobrze lata na przeskokach (przynajmniej za mną jako balastem - chyba ma za mały rozmiar) ale wyraźnie gorszy jest w kominach i trzeba uważać bo łatwo przesadzić ze sterówką, bliskość przeciagniecia wyraźnie sygnalizuje ale dosyć łatwo to zrobić (ja jestem jeszcze przyzwyczajony do glajta, w którym, siła potrzebna do przeciagnięcia w krążeniu, praktycznie je wykluczała).
Doleciałem jako 10, Łosoś był 5, Spike padł ok. 25 km, Klaudia nie wystartowała bo poźniej zmienił się wiatr na startowisku.

5 lipca 2009

The Independence Day.

W Amerykańskie święto narodowe pojechaliśmy z Francuzem na Czantorię, podstawy chmur w/g prognoz miały być dosyć niskie i góra niższa niż Skrzyczne miała dawać szansę na wiekszy prześwit ... pomiedzy niebem a ziemią. Pomysł zasadniczo się sprawdził, choć Czantoria to nie jest wymarzone miejsce startu do termicznego latania. Ale za to zupełnie inny klimat na startowisku! Paralotniarz jest tutaj jeszcze niespowszedniałym (jak na Skrzycznem) zjawiskiem, ta atmosfera oczekiwania, te pytania (kiedy pan poleci, czy można lecieć z panem - bo w zeszłym roku to taki pan zabierał), aż łza się w oku kręci ... Chwilę czekałem, aż dojedzie Francuz z rodziną jak było nas już dwóch to nagle pojawił się jeszcze jeden bardziej miejscowy pilot, krótko opowiedział nam o specyficznych lokalnych warunkach i zasadzkach (dzięki!) no i polecieliśmy ...
Po starcie w zasadzie bez problemu znalazłem jakieś noszenie ale utrzymywałem się tylko trochę powyżej wysokości startu i nie bardzo chciało 'puścić' wyżej. Po zwiedzeniu okolicznych podejżanych o kominogenność miejsc poleciałem lekko do przodu. Gdy ja walczyłem na przedpolu, Francuz startujący chwilę po mnie wykręcił się jakoś łatwiej. W końcu znalazłem jakiś przyzwoity komin. Północny wiatr nie był silny ale wyraźnie zaznaczał swoją obecność po chwili w dosyć słabych noszeniach minąłem Wisłę, potem pałacyk prezydencki na Kubalonce lecąc wzdłuż granicy Polsko-Czeskiej. Po prawej stronie, na mojej wysokości, zobaczyłem stado dużych białych ptaków na przeskoku lecących na północ, po chwili ptaki zmieniły się w szybowce lecące ścisłym peletonem i to nie byle jakie szybowce, bo same "długale". Od razu widać, że zawodnicy - pewnie z Mistrzostw Europy, które własnie sie na Słowacji odbywają.
Po przekroczeniu granicy ze Słowacją spadłem nisko i przez chwilę walczyłem w parterze nad niby ewidentnym miejscem - nawietrznym zboczem zamykającym niewielką dolinkę ustawioną wzdłuż wiatru. Na grani, na porębie, ktoś palił duże ognisko także miałem jeszcze dodatkowy - dymny - wskaźnik noszeń ale naprawdę było trudno się z tamtąd wydostać. Mój całkiem nowy Sol Tracer (na którym leciałem w sumie dopiero drugi raz) radzi sobie jednak w słabych warunkach nie gorzej od poprzednika a jednocześnie jest zdecydowanie przyjemniejszy we współpracy, razem jakoś "dalismy radę" ale straciłem tam ponad 10 minut.
Zrobiłem podstawę i minąłem właśnie schronisko na Wielkiej Raczy, kiedy zobaczyłem po lewej stronie wykręcającego się z dołu glajta, ucieszyłem się, że polecimy dalej razem. Dolatując do komina w którym się wykręcał widziałem że to Dudek (ach to charakterystycznie brzydkie, malowanie :-)), a jak Dudek i to taki wydłużony, i tutaj: to nie może być nikt inny, jak Łukasz Chyla. Zanim jednak doleciałem do niego był już wysoko a ja musiałem utraconą wysokość dopiero odbudować ... Po wykręceniu się poleciałem bardziej na wschód niż poprzednik, jeszcze przez chwilę go widziałem ale potem rozpłynał się na tle szarych tutaj i groźnie wyglądających chmur.
Nad głową, na przeskoku, przeleciał mi - w troche tylko rozluźnionym szyku - peleton być może tych samych, wcześniej widzianych szybowców wracających na południe. Przede mną była Mała Fatra - tam pod wielką ciemna chmurę 'pocięli' szybownicy i Łukasz, ja wybrałem drogę przez taki przesmyk miedzy wysokimi górami na północny wschód od Małej Fatry. Potem przeleciałem przez następną 'dziurę w górach' i przed Ruzomberokiem znowy byłem nisko. Przez chwilę oglądałem zamek gdzie flaga powiewała co chwila w inna stronę ale nic konkretnego nie znałazłem. W kierunku 'z wiatrem' była na środku doliny niewielka górka a za nia fabryka z wysokim kominem. Nad fabrykę doleciałem niewiele wyżej niż szczyt komina ale za nia było przyzwoite noszenie. Po chwili podemnie przyleciał szybowiec. Ja dokręciłem prawie sufit a on odrobil kilkaset metrów i poleciał dalej, ja za nim. Zniknął mi z oczu za zakrętem doliny ale niedługo później zobaczyłem wykręcające się w ciasnym krązeniu nad granią dwa szybowce. Byłem pod wrażeniem że tak szybko wykręcił się z parteru. Doleciałem do zamarkowanego komina, zrobilem podstawę i polecialem dalej kiedy zobaczylem niziutko na dole żebrzącego znajomego - bo to jednak chyba był znajomy znad fabryki a tamte dwa wysoko to z innej bajki. Po chwili on siedział na ziemi (w Liptowskiej Luźnej) ja przeleciałem na drugą strone Niskich Tatr.
Tutaj przestało być przyjemnie, na wschodzie, nisko w dolinach było widać wartwę chmur ewidentnie świadczącą o dopiero co zakonczonym opadzie a w moich okolicach chmury wygladały nieciekawie. W jednym nadzwyczaj szerokim kominie nawet padał deszcz. Godzina już robiła sie późna a nagle zrobiło się bardzo turbulentnie, chociaż nosiło postanowiłem oddalić się od niemiłej chmury. Lecąc na poludniowy wschód stwierdziłem, że spadła mi predkość i lecę pod czołowo boczny wiatr. Ponieważ nie wygladało, że tam z przodu da się coś jeszcze znaleźć a okolica była tam odludna i zalesiona to skręciłem w prawo w kierunku większego miasta. Lądowałem na świeżo skoszonej łące koło miejscowości Detva.
Powrót to materiał na osobne opowiadanie wracałem: słowackim 'stopem', pociągiem, taksówka, polskim 'stopem' z rodzina wracająca z wczasów w Chorwacji do Krakowa, pieszo, drugą taksówka a w końcu w Rużomberoku na dworcu znalazł mnie Francuz. Przyjechał po mnie razem z żona i dwojgiem dzieci - za co im wszystkim jestem ogromnie wdzięczny.



Trasa lotu na xcc.paragliding.pl - xcc już nie działa, ale xcontest tak: https://www.xcontest.org/2009/world/en/flights/detail:zxc/4.07.2009/10:26


A tutaj na guglemapie (skąd pochodzi zdjęcie zamku - tego z flagą)