Prognoza pogody przewidywała pogorszenie warunków w drugie połowie dnia, dlatego została ustalona konkurencja tylko 72 km. Cała trasa była ułożona bliżej mety.
Cylinder startowy 12 km wokół pierwszego punktu zwrotnego (szczyt Bomby Atomowej) wypadał na przeskoku w kierunku Belluno. Na starcie byłem spóźniony ok 2 min. ale podobnie wiekszość stawki. Po odbudowaniu wysokości na Monte Serva skoczyłem w kierunku punktu jako pierwszy. Na górze przed punktem zacząłem się wykręcać i minął mnie Danek i Łosoś ale lecieli nisko. Ja tam wykręciłem się w bardzo silnym noszeniu dzięki czemu punkt zwrotny zaliczyłem z marszu i wróciłem w ten sam rejon. Tutaj zaatakował Mikołaj Szorochow, który wyforsował się do przodu. Na Monte Serva (zwanej też konserwa) do przodu poleciał Sławek i następną część trasy poleciał nisko przeganiając Danka i Łososia. Do następnego punktu zwrotnego leciął z przodu Mikołaj z Dankiem w poprzek doliny a Łosoś ze Sławkiem po górach trudno było ocenić z mojego punktu widzenia która grupa ma przewagę. Ja planowałem polecieć maksymalnie w poprzek doliny ale napotkałem silne duszenie i zdecydowałem się przykleić do gór. Dalej leciałem po prostej przy skałach a potem nad granią razem z jakimś Sol-em i Boomerangiem. Kiedy skakałem na punkt zwrotny pierwsza grupa już tam dolatywała, ale po punkcie wrócili do góry ja poleciałem do przedostatniego punktu po prostej i spotkałem tam Danka, Sławka i Łososia, Mikołaj był z przodu. Miałem przewagę wysokości na dwoma pierwszymi i mniej więcej tą sama wysokość jak Łosoś. Ponieważ razem z Łososiem lecieliśmy w zasiegu północnego wiatru gradientowego a przeciwnicy przed nami wpadli już w zasięg bryzy wiejącej z południa to bez trudu ich wyprzedziliśmy. Rafał wcześniej zrobił zakręt na ostatnim punkcie (2 km przed metą) i wyprzedził mnie o kilka sekund.
W czasie gdy my dolatywaliśmy do mety, w okolicach startowiska miał miejsce wypadek, poszkodawanemu pilotowi z Litwy pomagał Fragles i Jaro. Fragles lądował tam w górach przerywając konkurencję.
Wyniki drugiej konkurencji
Wyniki po dwóch konkurencjach
Mój track
... głównie zawiera relacje z latania przelotowego na paralotni, z różnych miejsc na świecie ale nie tylko.
30 kwietnia 2008
PPO, Konkurencja pierwsza (niedziela, 2008-04-27)
Pogoda była świetna, inaczej niż poprzedniego dnia chmury miały mniejszą tendencję do wybudowywania się i nie było z nich opadów. Napotkałem noszenia do 4 m/s a podstawa chmur sięgała ok. 2600 m.
Graliśmy konkurencję typu wyścig do mety o długości trasy 91 km. Po starcie z Monte Dolada trzeba było zaliczyć punkt zwrotny w górach na wschód od startu. Punktem startowym był cylinder 3 km wokół schroniska Carotta na zboczach Mt. Dolada, trochę poniżej startowiska, następny punkt zwrotny był oddalony od gór kilka kilometrów w okolicach miejscowości Peron później należało zaliczy punkt przed Feltre i wrócić na prawie 40 km. Przed metą był jeszcze do zaliczenia punkt zwrotny na zboczu Monte Messer.
Na punkcie startowym byłem dobrze, skakałem przez dolinę lewą stroną, na zbocze Monte Serva wszedłem dosyć wysoko gdzie odbudowałem wysokość Danek na Ultimie i Craig na Macu wykręcali się na przedpolu resza stawki była za nami. Do trzeciego punktu zwrotnego lecieliśmy we trójkę nad doliną pod cumulusami. Większa część stawki poleciała górami. Do gór wróciliśmy za słynnym herbatnikem (pionowa skała na wlocie do doliny). Danek trochę niżej ja wyżej a Craig trochę za nami. Tamten rejon był jednak w cieniu i nie spotkaliśmy tam spodziewanego silnego noszenia a jedynie biedne 0.5-1 m/s. Polecieliśmy dalej, za załomem założyłem w meterku gdzie doleciał do mnie Anglik a Danek poleciał dalej dosyć nisko. Widząc, że znalazł noszenie opuściłem marny komin i pognałem w jego kierunku ale on zdobył juz z 300 m przewagi wysokości i pierwszy poleciał w kierunku punktu zwrotnego. Na powrocie z punktu Anglik szybciej odbudował wysokość i razem z Dankiem odskoczyli mi trochę a dołem dogonił mnie Mali (prawidłowa pisownia: 'mali' - zawsze z małej litery ale tutaj będę pisał z dużej dla jasności tekstu). Danek z Craigiem złapali komin na przedpolu przed Peron-em a my z Malim staraliśmy się wykręcić na skale zwanej 'bombą atomową' (bo wygląda jakby pół góry uje...rwało za pomocą bomby) ale straciliśmy tam trochę czasu. Stamtąd skoczyliśmy spowrotem na Monte Serva i dalej na Monte Dolada. Mali cały czas leciał niżej ale ciut z przodu. Na ścianie Dolady złapał dobry komin i szybciej wykręcił dolot do ostatniego punktu zwrotnego dogoniłem go jednak na przeskoku przez dolinę i punkt zrobiliśmy jednocześnie, do Craiga i Danka mieliśmy nieodrabialną na tym etapie wyścigu stratę kilku minut. Na dolocie do mety Mali wyprzedził mnie o kilka sekund.
Walter lądował przymusowo na zboczu Monte Serva, jeden z pilotów ratował się na zapasie. Do mety doleciało 41 pilotów ale dwóch po czasie.
Wyniki pierwszej konkurencji
Trasa mojego lotu
Graliśmy konkurencję typu wyścig do mety o długości trasy 91 km. Po starcie z Monte Dolada trzeba było zaliczyć punkt zwrotny w górach na wschód od startu. Punktem startowym był cylinder 3 km wokół schroniska Carotta na zboczach Mt. Dolada, trochę poniżej startowiska, następny punkt zwrotny był oddalony od gór kilka kilometrów w okolicach miejscowości Peron później należało zaliczy punkt przed Feltre i wrócić na prawie 40 km. Przed metą był jeszcze do zaliczenia punkt zwrotny na zboczu Monte Messer.
Na punkcie startowym byłem dobrze, skakałem przez dolinę lewą stroną, na zbocze Monte Serva wszedłem dosyć wysoko gdzie odbudowałem wysokość Danek na Ultimie i Craig na Macu wykręcali się na przedpolu resza stawki była za nami. Do trzeciego punktu zwrotnego lecieliśmy we trójkę nad doliną pod cumulusami. Większa część stawki poleciała górami. Do gór wróciliśmy za słynnym herbatnikem (pionowa skała na wlocie do doliny). Danek trochę niżej ja wyżej a Craig trochę za nami. Tamten rejon był jednak w cieniu i nie spotkaliśmy tam spodziewanego silnego noszenia a jedynie biedne 0.5-1 m/s. Polecieliśmy dalej, za załomem założyłem w meterku gdzie doleciał do mnie Anglik a Danek poleciał dalej dosyć nisko. Widząc, że znalazł noszenie opuściłem marny komin i pognałem w jego kierunku ale on zdobył juz z 300 m przewagi wysokości i pierwszy poleciał w kierunku punktu zwrotnego. Na powrocie z punktu Anglik szybciej odbudował wysokość i razem z Dankiem odskoczyli mi trochę a dołem dogonił mnie Mali (prawidłowa pisownia: 'mali' - zawsze z małej litery ale tutaj będę pisał z dużej dla jasności tekstu). Danek z Craigiem złapali komin na przedpolu przed Peron-em a my z Malim staraliśmy się wykręcić na skale zwanej 'bombą atomową' (bo wygląda jakby pół góry uje...rwało za pomocą bomby) ale straciliśmy tam trochę czasu. Stamtąd skoczyliśmy spowrotem na Monte Serva i dalej na Monte Dolada. Mali cały czas leciał niżej ale ciut z przodu. Na ścianie Dolady złapał dobry komin i szybciej wykręcił dolot do ostatniego punktu zwrotnego dogoniłem go jednak na przeskoku przez dolinę i punkt zrobiliśmy jednocześnie, do Craiga i Danka mieliśmy nieodrabialną na tym etapie wyścigu stratę kilku minut. Na dolocie do mety Mali wyprzedził mnie o kilka sekund.
Walter lądował przymusowo na zboczu Monte Serva, jeden z pilotów ratował się na zapasie. Do mety doleciało 41 pilotów ale dwóch po czasie.
Wyniki pierwszej konkurencji
Trasa mojego lotu
Dzień treningowy
Rano przywitała nas piękna pogoda z bezchmurnym niebem. Termika zaczęła działać wcześnie pierwsze glajty latały na górą już o 10:00, o 12:00 były już ładne cumulusy. Po starcie było dosyć rześko w powietrzu. Potem cumulusy trochę bardziej się wybudowały i zaczął z nich padać śnieg ale nie nachalnie. Na jeziorze Lago di Croce pełno kite-ów. Rozgrzewkowo poleciałem sobie po okolicy trójkącik.
19 lutego 2007
Manilla XC Open, Klaudia w krainie kangurów.
Nastepny dzień to powtórka tasku z dnia poprzedniego. Brak wiatru na poczatku trasy. Łosoś i Walter wylądowali na lądowisku traktując ten dzień jako odpoczynek (do zawodów liczą się co najwyżej 4 konkurencje), ja postanawiam lecieć, bo to przeciez ma być trening przed Mistrzostwami Świata, również kondycyjny.
Leci się rzeczywiście wolniej niz poprzedniego dnia ale udaje mi się dolecieć do 'kraju w kartke' i tam trochę przyśpieszam i do 18:30 udaje mi się zrobić ponad 164 km. Robert już tradycyjnie jest bardzo szybko na miejscu mojego lądowania, nie mamy kontaktu z Pawłem, ktory odzywał się poprzednio przez radio kilkadziesiat kilometrow wczesniej.
Miejsce ladowania Klaudi jest znane ale Klaudia jest sama na pustkowiu. Wracaliśmy już, kiedy zadzwonił Paweł z telefonu stacjonarnego na farmie, na ktorej wylądował. Radio przestało mu działać a komórka się rozładowała. Jest blisko drogi więc go łatwo zbieramy. W Weewaa jesteśmy już po zmroku a kończy się nam wacha w aucie, na dodatek dziś jest niedziela, stacja nie działa. Jedyny napotkany człowiek mówi, żebyśmy podali swoj nr telefonu a on nam pomoże. Po 10 min dzwoni telefon, właścicielka stacji przyjedzie nam otworzyć.
Miejsce ladowania Klaudi jest znane ale Klaudia jest sama na pustkowiu. Wracaliśmy już, kiedy zadzwonił Paweł z telefonu stacjonarnego na farmie, na ktorej wylądował. Radio przestało mu działać a komórka się rozładowała. Jest blisko drogi więc go łatwo zbieramy. W Weewaa jesteśmy już po zmroku a kończy się nam wacha w aucie, na dodatek dziś jest niedziela, stacja nie działa. Jedyny napotkany człowiek mówi, żebyśmy podali swoj nr telefonu a on nam pomoże. Po 10 min dzwoni telefon, właścicielka stacji przyjedzie nam otworzyć.
Zatankowani ruszamy po Klaudie, z która jest kontakt telefoniczny ale jest ciemno a drogi zupełnie nie zgadzają sie z mapa w naszych GPS-ach. Błądzimy po wielkich polach, co chwila stając na końcu drogi. Przed maska skacza nam dziesiątki kangurów, musimy jechać wolno żeby na jakiegoś nie wpaść. Track na GPS-ie tworzy nam mapę ścieżek. W końcu zaczyna nas gonić jakiś samochód. Własciciel farmy przyjechal zobaczyć co sie dzieje na jego polu. Pokazujemy mu kierunek gdzie wylądował 'nasz pilot'. Prowadzi nas swoim jeepem z potężnym reflektorem-szperaczem, 300 m przed pozycja Klaudi staje.
- Nikogo tu nie ma.
- Jeszcze 300 m prosto - krzyczymy.
Faktycznie po chwili w światlach reflektorów widac Klaudynę siedzącą na plecaku. Widzimy lekkie zaskoczenie na twarzy farmera, że ten poszukiwany pilot to drobna dziewczyna. W domu znowu jesteśmy wcześnie nad ranem.
- Nikogo tu nie ma.
- Jeszcze 300 m prosto - krzyczymy.
Faktycznie po chwili w światlach reflektorów widac Klaudynę siedzącą na plecaku. Widzimy lekkie zaskoczenie na twarzy farmera, że ten poszukiwany pilot to drobna dziewczyna. W domu znowu jesteśmy wcześnie nad ranem.
17 lutego 2007
Manilla XC Open, pierwsze 200+
Nastepna konkurencja, przelot otwarty po osi 293 stopnie, okazała sie najdłuższa w całych zawodach.
Poczatek trasy, czyli jakies pierwsze 100 km lecieliśmy bez wyraźnego wiatru. Łosoś i Paweł lecieli w czubie a ja ich goniłem bo miałem problem z oderwaniem się od górki (po starcie spadłem bardzo nisko). Kiedy dolecielismy do stanu Queensland zmienił się nie tylko wyglad ziemi pod nami zamiast stepu z nieregularnymi plamami lasu zobaczyliśmy gigantyczna kolorowa szachownice pól, kolory różne ale zieleni jak na lekarstwo. Pojawił się też zdecydowany wiatr w plecy, także wyraźnie zwrosła nasza predkość, druga setka mineła szybko. Po drodze dogoniłem Pawła, chwile lataliśmy razem ale po wyjściu z komina wybraliśmy inne drogi i Paweł został kilka kilometrów za mna.
| Początek dnia |
| Na trasie, Narrabri. |
| Pod wieczór lądowałem ... |
Pod wieczór lądowałem na 245 kilometrze od startu, Łosoś złapał jeszcze wieczorny komin i poleciał dalej po rekord Polski. Klaudia lądowala na 160 km. Przez cała droge mieliśmy łączność radiowa z dwoma samochodami prowadzonymi przez Roberta Zbelę i Magdę zwana Dzidą. Team zbierający nas z trasy działał naprawdę świetnie i ich zaangazowanie i organizacja pracy na pewno przyczyniła sie do naszych wyników. Robert był koło mnie 5 minut od lądowania i razem pojechaliaśmy szukać Łososia. Rafal znalazł się na farmie odddalonej 10 km od drogi asflatowej. Magda zabrała resztę zawodników. My wrociliśmy koło 3 nad ranem do domu.
https://www.xcontest.org/2007/world/en/flights/detail:zxc/17.02.2007/01:08
15 lutego 2007
Manilla XC Open, burzowa eskadra ...
W czasie zawodow zupełnie nie było czasu na pisanie bloga, dlatego pisze po fakcie.
Pierwsza konkurencja miała najbardziej dramatyczny przebieg i chyba wszyscy widzieli w TV lub w prasie informacje o Ewie, ktora przeżyła lot na 10.000 metrów w burzy, niestety pilot z Chin nie miał tyle szcześcia. Dla nas te emocje były trochę odsunięte w czasie, bo dowiedzieliśmy się o tym trochę wiecej dopiero po drugiej konkurencji. Janusz też miał podobne przeżycia ale wybronił się przytrzymanym front-stalem, a może po prostu trafił w mniej gwałtowne noszenie ...
| Lecieliśmy na północ z wiatrem ... |
Lecieliśmy na północ z wiatrem, już od startu było widac dwie strefy opadu ale pomiedzy nimi byla duża przerwa z nomalnymi cumulusami. Gdy jednak znaleźliśmy się już po drugiej stronie tej 'bramy', burze zaczęły sie łączyć i budować w kierunku z wiatrem. I mimo, że na przeskokach predkosc na GPS-ie (bez speeda) była powyżej 50 km/h to ściana deszczu cały czas się zbliżała. W końcu ja zdecydowałem się wylecieć na środek doliny i lądować. Podobnie zrobił Rafał, reszta ekipy chyba trochę przegięła pałę i każdy z nich miał większe lub mniejsze przygody 'okołoburzowe'.
| Ściana deszczu cały czas się zbliżała |
Wieczorem dowiedzieliśmy się o przygodach Ewy Wiśnierskiej ale wydawały sie nam nieprawdopodobne - przekoloryzowane (przeciez jakby była na 10.000 toby tego nie przeżyła).
Następniego dnia, lecieliśmy task z 1 punktem zwrotnym, w sumie mało kilometrów ale ponad 6 godzin w powietrzu. W kierunku z wiatrem zaczeły się robic burze i wiekszość trasy lecieliśmy z bocznym wiatrem lub nawet pod wiatr. Ja spieprzyłem koncówkę bo byłem wyżej od Maurera - w zasięgu wzroku - ale polecialem w rejon z ładnymi chmurami omijając zacieniony, przez rozpadający się cumulonimbus, obszar. Pod chmurami nic sensownego nie znalazłem a straciłem kilka kilometrów.
Po powrocie z trasy dowiedzieliśmy sie o śmierci Chinczyka. Nastepnego dnia konkurencja była odwołana w hołdzie dla naszego kolegi pilota.
Przed 3-cią konkurencją wprowadzono zasade, ze po konkurencji zawodnicy będą głosować czy konkurencja była bezpieczna. Jeżeli 20% powie, że uważaja task za niebezpieczny, konkurencja nie bedzie ważna. Tą samą zasadę postanowiono zastosować do konkurencji, które się już odbyły, tylko z progiem 50%. Konkurencja 1 została uznana przez wiekszość zawodników za niebezpieczną.
Przeniesione z australiaxc.blox.pl
Task z 1 punktem zwrotnym: https://www.xcontest.org/2007/world/en/flights/detail:zxc/15.02.2007/01:25
| Rozpadający się Cb |
Przed 3-cią konkurencją wprowadzono zasade, ze po konkurencji zawodnicy będą głosować czy konkurencja była bezpieczna. Jeżeli 20% powie, że uważaja task za niebezpieczny, konkurencja nie bedzie ważna. Tą samą zasadę postanowiono zastosować do konkurencji, które się już odbyły, tylko z progiem 50%. Konkurencja 1 została uznana przez wiekszość zawodników za niebezpieczną.
Przeniesione z australiaxc.blox.pl
Task z 1 punktem zwrotnym: https://www.xcontest.org/2007/world/en/flights/detail:zxc/15.02.2007/01:25
13 lutego 2007
Sydney - Manilla
Lecąc nad kontynentem Australii z samolotu podziwialiśmy kolorową pustynie, bez śladów zieleni i szlaki cumulusów. Po przylocie spędziliśmy dwa dni w deszczowym Sydney. Przyroda nawet tutaj w mieście jest niesamowicie inna. W parku latają papugi, które nie boją się ludzi a na żaglu od budynków latają stada wielkich nietoperzy. Przyjemna temperatura 23 stopnie. Dziś jedziemy do Manillii gdzie jest 40.
We wtorkowe przedpołudnie wyjechalismy z Sydney do Manilli (ok. 450 km). Prowadzil Robert, jako najbardziej doświadczony kierowca lewostronny. Po drodze kupiliśmy za $99 analogowe telefony komorkowe (CSMA), które działaja w mniej zaludnionym terenie, czyli tam gdzie jedziemy. Zasieg GSM kończy sie zaraz za Tamworth. Dojechaliśmy wieczorem akurat na rejestracje.
Mieszkamy w Oakhampton, to farma i dom gościnny ok. 25 km od Manilli. Tam spotykamy Waltera z Dzida i Pesonem oraz grupe Janusza Fuzowskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)