... głównie zawiera relacje z latania przelotowego na paralotni, z różnych miejsc na świecie ale nie tylko.
9 marca 2010
8 lutego 2010
40 km
W sobotnie popołudnie jeździłem po jeziorze w Imielinie. Spotkany na parkingu wędkarz twierdził, że lodu jest ponad 30 cm (hmm, liczyłem na więcej, na teraz to wystarczy ale na wiosnę ...). Jacyś ludzie jeździli quadami ciągnąc narciarzy i snowboardzistów, jakbym nie miał latawca to też w sumie niezła zabawa ...Spodziewane (w/g prognozy z new.meteo.pl i windguru) nasilenie się wiatru pod koniec dnia wystąpiło ale nie "aż tak" żeby zaowocowało to jakąś ładną prędkościa. Chyba wiecej zabawy miałbym jeżdżąc po bardziej urozmaiconym terenie. Jazda po polach daje możliwość spotkania zwierząt, no i trzeba sie skupić, bo są przeszkody terenowe.
No ale te 40 km sladów które zostawiłem na jeziorze też było fajne :-).
26 stycznia 2010
Snow-kite-owanie na siarczystym mrozie.
Goretex przymarzł mi do polara, na szczęce kasku zrobiła się lodowa skorupa, ... , dwa razy wylądowałem 'na ryju', ... ech pięknie było! Tomek oprócz kajta (kitesport Arctic 10.0), na którym dał się 'karnąć' (moja ocena *****) zabrał też model paralotni - 'on lata'!
21 stycznia 2010
Blog roku - Młoda prowadzi!

Mary(sia) i Marcin zwolnili się z pracy pojechali do Azji na czas jakiś ... no i piszą bloga www.swiatoobrazy.pl pełnego pięknych zdjęć.
Dziś po pierwszym etapie konkursu Blog Roku 2009 prowadzą w kategorii "Podróże i Szeroki Świat". Niech im Azja będzie przyjazną.
3 stycznia 2010
Słaby początek ...
Dziś udało mi się troche pojeździć na nartach z kitem. Śniegu na lotnisku w Gliwicach było trochę mało ale miał przyjemnie miekką konsystencję, niestety wiatru było jeszcze mniej. Jak już się jechało to przynajmniej tak jakoś fajnie lekko. Niestety tego jechania nie było za dużo, no ale zawsze to coś w porównaniu z okresem świąt kiedy było szaro, ciepło i deszcz padał. Na lotnisko pojechałem z psem, wrócił należycie zmęczony :-).
Zdjęcie z archiwum.
1 grudnia 2009
27 listopada 2009
No i koniec wycieczki
Jutro wracamy. Dziś też nie udało się nam polatać, choć niebo wyglądało pięknie ale wiało w porywach ponad 50 km/h. O ile bywały chwile kiedy dało by się wystartować to potem są jeszcze góry do przelecenia. Część lotniarzy też zjechała na dół ... cóż zmarnowane okazję się mszczą ... Lotniarze, którzy dają radę latać w tych warunkach polecieli dziś ok. 380 km.
Na obrazku widok z hotelu na niezbyt łaskawą górkę.
XCeara Open Classic 2009, to najdroższe zawody na świecie, może to, że robią je po raz (akurat q..a teraz!) 13-ty ma coś do rzeczy? Nie ma tutaj żadnej informacji meteo, żadnych biefingów, wyniki można czasami podejżeć u tego kto je liczy, dyrektor zawodów 'dał dyła' już w drugi dzień co prawda nie był do niczego potrzebny bo wszysko się kręci. Tyle fajnie, że we wpisowym jest najlepszy hotel w okolicy. W hotelu podłoga jest z jurajskiego kamienia z dużą ilością skamieniałości.
Wczoraj byliśmy na wieczornym spacerze. Po drodze minęliśmy rój pszczół zapewne tych brazylijskich pszczół morderców, ale ponieważ to był zachód słońca to nie były specjalnie ruchliwe. Na górze nad hotelem Almeida buduje sobie dom. Jest tam też startowisko dla glajtów i rampa dla lotni.
26 listopada 2009
Trzeci dzień ...
... nie latałem, skręca mnie. Po powrocie z 280 km przelotu nastepny dzień był lotny i ktoś polecial dwieście statujac o 12:00, rano byłem mocno zmęczony ale o 12:00 to już mogłem lecieć. Teraz przez dwa ostatnie dni, wieje za mocno, lotniarze opowiadają "straszne historie" jak to ich wytorbiło. Wczoraj trzech 'bohaterów' poleciało na glajtach ale to nie jest ten typ latania jaki lubię ... lub chociażby "jestem wstanie zaakceptować". Jutro ostatni dzień ...Wczoraj po południu przyszły małpki, są wielkości naszych wiewiórek, może ciut wieksze. Porobiłem im zdjęcia i nakręciłem trochę ruchomych obrazków. Ogólnie przyroda jest egzotyczna i warta uwiecznienia dlą europejczyka.
24 listopada 2009
XCeara Task 1
Początek lecieliśmy grzecznie razem z Pesonem plus jeszcze 2 niviuki, jakiś inny glajt (advance?) leciał na północ od nas. Przed 12:00 zaczeły się problemy - jak codzień, zniknęła wiekszość chmur a właśnie byłismy na trawersie Madalehao i zaczynały się górki. Doleciał do nas lotniarz i pociął do przodu. Po chwili zobaczyłem, że się wykręca więc skoczyłem do niego razem ze mną jeden niviuk a Peson z drugim niuviukiem był trochę niżej.Zanim dolecieliśmy do lotniarza on był już wysoko a niżej latalo kilka Urubu. Trochę podkręciliśmy ... ale mało i się skończyło. Skoczyłem w kierunki małej górki ale dusiło mocno po drodze, zrobiło się już bardzo nisko. Nad wioską złapałem jakie max. turbulentne coś - 0.5 m/s na uśredniaczu, niviuk miał coś lepszego ale z 200-300 m pod wiatr odemnie a ja miałem 150 m nad ziemią. Jakoś przebiłem się do niego a raczej postałem w miejscu a on się do mnie nasunął bo wiatr tutaj nieoczekiwanie zrobił się silny. Potem kilkakrotnie zmieniałem rejon krążenia nad wznoszącym się terenem szukajac noszeń - na zasadzie obserwowania latających w powietrzu suchych liścii, traw itp. Niviuk chyba próbował ominąć góry po lewej i chyba tam wtopił.
Peson zameldował lądowanie i że uszkodził sobię rękę przy lądowaniu - mi przykazał: "tylko nie spierdol i zrób to 300!". Poleciałem centralnie przez góry śladem chmur i 'nowego' lotniarza. Tutaj prędkość wiatru wyraźnie spadła. Za górami były już ładne, wielkie, wypasione chmury ale prędkośc lotu nie była rewelacyjna, 200 km mialem po 15:00.
Peson zameldował lądowanie i że uszkodził sobię rękę przy lądowaniu - mi przykazał: "tylko nie spierdol i zrób to 300!". Poleciałem centralnie przez góry śladem chmur i 'nowego' lotniarza. Tutaj prędkość wiatru wyraźnie spadła. Za górami były już ładne, wielkie, wypasione chmury ale prędkośc lotu nie była rewelacyjna, 200 km mialem po 15:00.
Przed 'kantem' - rodzajem uskoku za którym jest granica stanu Ceara, potem ziemia niczyja i potem granica stanu Paui - jeszcze wykręcałem się z niezbyt dużej wysokości a potem wkroczyłem na obszar bezludny i zalesiony, z jedna drogą przez środek tego naprawde stulimowego lasu (czy raczej stumilowych krzaczorów bo nie są za wysokie). Na szczeście miałem lecieć w poprzek a nie wzdłuż tych 100 mil. Za uskokiem ten las jest zielony, reszta tutejszego buszu jest o tej porze roku szarobrunatna i bezlistna. Przed sobą z 5-7 km zobaczyłem glajta. Leciał powoli i spokojnie a ja próbowałem przyspieszyć.
Tutaj leciało się zupełnie inaczej, spokojne powietrze, słońce coraz bardzie poziomo świecące, wielkie chmury, spokojne choć niezbyt silne noszenia i świadomość, że w promieniu wielu kilometrów nie ma cywilizacji. Mój poprzednik chyba bez przekonania leciał, bo w pewnym momęcie wylądował, ja przeleciałem nad nim i złapałem jeszcze 3 m/s. Na GPS-ie zobaczyłem kropkę "Pedro II" w terenie ten obszar był w głebokim cieniu u nic nie było widać - poleciałem "na GPS-a".
Pedro Secundo to duże miasto z wielka wieżą. Pokrążyłem trochę nad przedmieściami lądowałem na piaszczystym boisku piłkarskim gdzie już czekało na mnie kilka osób. Zbiegło się jak zwykle mnóstwo ludzi w wiekszości dzieci ale również trochę starszych. Rozdałem restkę cukierków najmniejszym dzieciakom. Starsi jakoś wykazali zrozumienie i zawołali dzieci żeby nie szły za mną jak odszedłem na bok się wysikać. Zanim się spakowałem było już po zachodzie. Samochodem dojechałem do centrum miasta (5 reali). Tutaj wziąłem prysznic w hotelu, kupiłem regionalna (z Paui) pamiątkę dla żony (to rodzinny interes - hotel i sklepik, który otwarto specjalnie dla mnie). Jak zamowiłem obiad w restauracji obok, przyjechał samochód z jednym lotniarzem, pięciu innych lądowało 40 km dalej i pojechaliśmy po nich. W hotelu byłem o 4:30.
180 i gleba w środku dnia ...
W końcu polataliśmy! Choć nie bez przygód. Na początek wystartowałem za nisko i wpieprzyłem się w ogrodzenie z drutu kolczastego, podarłem speedgacie i porysowałem sobie nogi. Peson miał wodę utlenioną w żelu i duży plaster dzieki czemu mogłem się opatrzyć prowizorycznie ale skutecznie. Polecieliśmy pół godziny później ale osobno bo jak się wykręciłem to już nie miałem powrotu do górki a Peson był jeszcze nisko. Leciało się dosyć trudno bo było mało chmur. Potem spadłem nisko przed małymi górkami ale udało mi się zabrać z nawietrznej razem z ptakami Urubu, ma wrażenie, że one latają patrzac się na glajciarzy - ewidentnie, czasami poprawiaja centrowanie patrzac na mnie. Przetrwałem jakoś kryzys godziny 12:00. Peson który lecial 10 km za mną zameldował, że mnie widzi a chwilę potem lądował. Potem były do przekroczenia góry, odbiłem trochę w prawo tak aby nie lecieć centralnie przez wysokie góry, leciałem po brzegu, za górami znowu spadłem nisko. Potem chciałem wrócić na trasę lotu i skoczyłem w poprzek szlaku, o ile można mówić o szlakach tutaj - w rezultacie padłem ok. 14:00 na 180 km.
Miałem chwilę na nakręcenie porażkowego filmiku (wcześniej w powietrzu nie bardzo mogłem sobie pozwolić na puszczanie sterówek i operowanie aparatem) i nadbiegli ludzie. Jakiś starszy pan z nożem przy pasie, prowadził mnie pod rękę, chyba nie wyglądałem najlepiej. Spakowałem się w cieniu domku tego gadatliwego nożownika, z trudem odmawiałem poczęstunku. Potem za migi dogadałem się, że chce pojechać do Nova Russas (ok. 20 km - 50 reali). Jechaliśmy starym Chevroletem wielkości dwóch europejskich pickupów. Na miejscu była czynna apteka gdzie zaopatrzyłem się w potrzebna do zrobienia uczciwego opatrunku utensylia. Czekałem ze 2 godziny na samochód bo od pozycji Pesona do Nova Russas była droga szutrowa.
Miałem chwilę na nakręcenie porażkowego filmiku (wcześniej w powietrzu nie bardzo mogłem sobie pozwolić na puszczanie sterówek i operowanie aparatem) i nadbiegli ludzie. Jakiś starszy pan z nożem przy pasie, prowadził mnie pod rękę, chyba nie wyglądałem najlepiej. Spakowałem się w cieniu domku tego gadatliwego nożownika, z trudem odmawiałem poczęstunku. Potem za migi dogadałem się, że chce pojechać do Nova Russas (ok. 20 km - 50 reali). Jechaliśmy starym Chevroletem wielkości dwóch europejskich pickupów. Na miejscu była czynna apteka gdzie zaopatrzyłem się w potrzebna do zrobienia uczciwego opatrunku utensylia. Czekałem ze 2 godziny na samochód bo od pozycji Pesona do Nova Russas była droga szutrowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
