5 lipca 2009

The Independence Day.

W Amerykańskie święto narodowe pojechaliśmy z Francuzem na Czantorię, podstawy chmur w/g prognoz miały być dosyć niskie i góra niższa niż Skrzyczne miała dawać szansę na wiekszy prześwit ... pomiedzy niebem a ziemią. Pomysł zasadniczo się sprawdził, choć Czantoria to nie jest wymarzone miejsce startu do termicznego latania. Ale za to zupełnie inny klimat na startowisku! Paralotniarz jest tutaj jeszcze niespowszedniałym (jak na Skrzycznem) zjawiskiem, ta atmosfera oczekiwania, te pytania (kiedy pan poleci, czy można lecieć z panem - bo w zeszłym roku to taki pan zabierał), aż łza się w oku kręci ... Chwilę czekałem, aż dojedzie Francuz z rodziną jak było nas już dwóch to nagle pojawił się jeszcze jeden bardziej miejscowy pilot, krótko opowiedział nam o specyficznych lokalnych warunkach i zasadzkach (dzięki!) no i polecieliśmy ...
Po starcie w zasadzie bez problemu znalazłem jakieś noszenie ale utrzymywałem się tylko trochę powyżej wysokości startu i nie bardzo chciało 'puścić' wyżej. Po zwiedzeniu okolicznych podejżanych o kominogenność miejsc poleciałem lekko do przodu. Gdy ja walczyłem na przedpolu, Francuz startujący chwilę po mnie wykręcił się jakoś łatwiej. W końcu znalazłem jakiś przyzwoity komin. Północny wiatr nie był silny ale wyraźnie zaznaczał swoją obecność po chwili w dosyć słabych noszeniach minąłem Wisłę, potem pałacyk prezydencki na Kubalonce lecąc wzdłuż granicy Polsko-Czeskiej. Po prawej stronie, na mojej wysokości, zobaczyłem stado dużych białych ptaków na przeskoku lecących na północ, po chwili ptaki zmieniły się w szybowce lecące ścisłym peletonem i to nie byle jakie szybowce, bo same "długale". Od razu widać, że zawodnicy - pewnie z Mistrzostw Europy, które własnie sie na Słowacji odbywają.
Po przekroczeniu granicy ze Słowacją spadłem nisko i przez chwilę walczyłem w parterze nad niby ewidentnym miejscem - nawietrznym zboczem zamykającym niewielką dolinkę ustawioną wzdłuż wiatru. Na grani, na porębie, ktoś palił duże ognisko także miałem jeszcze dodatkowy - dymny - wskaźnik noszeń ale naprawdę było trudno się z tamtąd wydostać. Mój całkiem nowy Sol Tracer (na którym leciałem w sumie dopiero drugi raz) radzi sobie jednak w słabych warunkach nie gorzej od poprzednika a jednocześnie jest zdecydowanie przyjemniejszy we współpracy, razem jakoś "dalismy radę" ale straciłem tam ponad 10 minut.
Zrobiłem podstawę i minąłem właśnie schronisko na Wielkiej Raczy, kiedy zobaczyłem po lewej stronie wykręcającego się z dołu glajta, ucieszyłem się, że polecimy dalej razem. Dolatując do komina w którym się wykręcał widziałem że to Dudek (ach to charakterystycznie brzydkie, malowanie :-)), a jak Dudek i to taki wydłużony, i tutaj: to nie może być nikt inny, jak Łukasz Chyla. Zanim jednak doleciałem do niego był już wysoko a ja musiałem utraconą wysokość dopiero odbudować ... Po wykręceniu się poleciałem bardziej na wschód niż poprzednik, jeszcze przez chwilę go widziałem ale potem rozpłynał się na tle szarych tutaj i groźnie wyglądających chmur.
Nad głową, na przeskoku, przeleciał mi - w troche tylko rozluźnionym szyku - peleton być może tych samych, wcześniej widzianych szybowców wracających na południe. Przede mną była Mała Fatra - tam pod wielką ciemna chmurę 'pocięli' szybownicy i Łukasz, ja wybrałem drogę przez taki przesmyk miedzy wysokimi górami na północny wschód od Małej Fatry. Potem przeleciałem przez następną 'dziurę w górach' i przed Ruzomberokiem znowy byłem nisko. Przez chwilę oglądałem zamek gdzie flaga powiewała co chwila w inna stronę ale nic konkretnego nie znałazłem. W kierunku 'z wiatrem' była na środku doliny niewielka górka a za nia fabryka z wysokim kominem. Nad fabrykę doleciałem niewiele wyżej niż szczyt komina ale za nia było przyzwoite noszenie. Po chwili podemnie przyleciał szybowiec. Ja dokręciłem prawie sufit a on odrobil kilkaset metrów i poleciał dalej, ja za nim. Zniknął mi z oczu za zakrętem doliny ale niedługo później zobaczyłem wykręcające się w ciasnym krązeniu nad granią dwa szybowce. Byłem pod wrażeniem że tak szybko wykręcił się z parteru. Doleciałem do zamarkowanego komina, zrobilem podstawę i polecialem dalej kiedy zobaczylem niziutko na dole żebrzącego znajomego - bo to jednak chyba był znajomy znad fabryki a tamte dwa wysoko to z innej bajki. Po chwili on siedział na ziemi (w Liptowskiej Luźnej) ja przeleciałem na drugą strone Niskich Tatr.
Tutaj przestało być przyjemnie, na wschodzie, nisko w dolinach było widać wartwę chmur ewidentnie świadczącą o dopiero co zakonczonym opadzie a w moich okolicach chmury wygladały nieciekawie. W jednym nadzwyczaj szerokim kominie nawet padał deszcz. Godzina już robiła sie późna a nagle zrobiło się bardzo turbulentnie, chociaż nosiło postanowiłem oddalić się od niemiłej chmury. Lecąc na poludniowy wschód stwierdziłem, że spadła mi predkość i lecę pod czołowo boczny wiatr. Ponieważ nie wygladało, że tam z przodu da się coś jeszcze znaleźć a okolica była tam odludna i zalesiona to skręciłem w prawo w kierunku większego miasta. Lądowałem na świeżo skoszonej łące koło miejscowości Detva.
Powrót to materiał na osobne opowiadanie wracałem: słowackim 'stopem', pociągiem, taksówka, polskim 'stopem' z rodzina wracająca z wczasów w Chorwacji do Krakowa, pieszo, drugą taksówka a w końcu w Rużomberoku na dworcu znalazł mnie Francuz. Przyjechał po mnie razem z żona i dwojgiem dzieci - za co im wszystkim jestem ogromnie wdzięczny.



Trasa lotu na xcc.paragliding.pl
A tutaj na guglemapie (skąd pochodzi zdjęcie zamku - tego z flagą)

1 komentarz:

  1. Jak CI sie po takim locie wracało? Wolna amerykanka, czy miałeś umówiony transport?

    OdpowiedzUsuń